• Kasia Brzozowska

Najważniejszy Człowiek

Zaktualizowano: 18 kwi

Najważniejszy Człowiek w jej życiu siedział nieruchomo. W pokoju panowała kompletna cisza, w której słychać było jedynie jej przyspieszony oddech. Nie śmiała wejść do środka zatrzymana w progu jak w filmowym kadrze. Wiedziała, że zapamięta wszystko dokładnie, choć wcale tego nie chciała. Zaczęła obserwować pomieszczenie, niczym operator filmowej kamery, szykujący się do kolejnego ujęcia.

Scena 1

- Talerz na stole z nadgryzioną kanapką i okruchy chleba rozsypane na obrusie.

Kadr 2

- Plama światła na jego ramionach i zmięta chusteczka w nieruchomej dłoni

Kadr 3

- Kobieta, z torbą na ramieniu, oparta o framugę drzwi, lat około 40. Smutna twarz, zapłakane oczy.

Cięcie - pomyślała.

Teraz nastąpi retrospekcja do szczęśliwej przeszłości, retardacja, która pozwoli uciec od tej chwili i kadru z Nim nieruchomym w fotelu.

Nagle zobaczyła siebie w pełnym słońcu, gdzieś na środku ulicy. Najważniejszy Człowiek w jej życiu trzymał ją za rękę i uśmiechał się prezentując nienaganną biel zębów.

Stali w kolejce po brzoskwinie. Miała wówczas chyba pięć lat. Wydawał się jej wtedy silny, piękny i wysoki. Musiały minąć wieki, zanim odkryła, że miał tylko 168 cm wzrostu, co jak na mężczyznę nie było zbyt wiele. Zawsze jednak nadrabiał uśmiechem i błyskiem w oku. Babcia nie raz opowiadała, że ten szelmowski uśmiech ratował go z opresji. Po rodzinie krążyły opowieści, jak to w czasie II Wojny Światowej udawał Niemca, żeby wyłudzić trochę jedzenia, albo uratować jakiegoś dzieciaka, którego faszysta chciał uderzyć. Niemcy podobno mieli słabość do jego jasnych włosów, niebieskich oczu i nienagannego akcentu, którego nie wiadomo skąd się nauczył. Brali go za swojego. Nie płakał, gdy nie mieli co jeść, a gotowane obierki od kartofli smakował jak danie z pięciogwiazdkowej restauracji. Nie narzekał na brak butów, gdy marzły mu stopy, ani wtedy, gdy przed bombardowaniem uciekali boso przez pole kapusty. Popłakał się tylko raz, gdy babcia dostała od Niemca kolbą karabinu.

Gdy skończyła się wojna, uwierzył w socjalizm i wujaszka Stalina. Może dlatego, że pierwszą czekoladę dostał od żołnierza radzieckiego. Na filmach wojennych, które oglądała, to zawsze amerykański żołnierz dawał dzieciom Coca Colę lub czekoladę, ale On został obdarowany przez żołnierza z pięcioramienną gwiazdką na czapce.

Zamieszkali w jasnym domu przy drodze, w małej wiosce o nazwie Jedwabno. To Jedwabno też miało swoje okrucieństwa i tajemnice, jak każda mieścina w Polsce. Na strychu znaleźli martwego człowieka, zwisającego ze stropu na pasku od spodni, a z drzwi do piwnicy musieli zeskrobywać ślady krwi. Może dlatego najważniejszy człowiek w jej życiu nie potrafił zasypiać przy zgaszonym świetle. Ciepłym blaskiem lampki odganiał złe wspomnienia czające się w ciemnościach. Gdy na jego brodzie pojawiły się zalążki zarostu, a dziewczyny zaczęły czerwienić na jego widok, uciekł w pracę społeczną. Może ze strachu przed miłością? A może był nieśmiały? A może najzwyczajniej uwierzył w socjalizm? Nie wiedziała dokładnie jak wyglądał jako dziecko, ani kilka lat później, gdy zaczął dojrzewać. Nie zachowały się żadne zdjęcia z okresu wojny, ani tego trochę później. Na najstarszej, znalezionej fotografii ma już około 17-18 lat. Siedzi na murku, bardzo szczupły, skromnie ubrany, z ręką opartą o kolano, za nim bujne trawy mazurskiej łąki. Uśmiecha się promiennie, a jego uśmiech sprawia, że czarno-biała fotografia nabiera kolorów i ciepła. Tego uśmiechu mógłby mu pozazdrościć Tom Cruise i połowa Hollywood.

Przypomniała sobie smak Pepsi, którą razem pili na wczasach w Marianowie. On, ubrany w prawdziwe dżinsy Lee, przywiezione ze Stanów przez wujka marynarza, stukając chodakami podchodził do lodówki i z gracją filmowego amanta wyjmował magiczną buteleczkę z ciemnym płynem w środku. Jednym ruchem ręki usuwał kapsel i z rozbrajającym uśmiechem podawał jej napój marzeń. Pamiętała dokładnie szum ulatujących bąbelków i to, że Pepsi była dla niej wtedy smakiem nieba. Gdy tylko w butelce widać było dno, On, dłonią z elektronicznym zegarkiem, sięgał do kieszeni dżinsowej koszuli i wyciągał pudełeczko Tic Taców. Jedyne cukierki na świecie, które mogły konkurować kolorem z bielą jego zębów. Towar deficytowy i marzenie każdego dzieciaka. Objadali się nimi, spacerując wśród pól i lasów. To jest prawdziwe szczęście, myślała wtedy, myślała tak i teraz.

Potem w świat jej dzieciństwa wjechał z impetem żółty motor Jawa. Spędzali sporo czasu podróżując nim. Motor był ogromny, warczący, z naklejkami gołych kobiet na baku, od którego odchodził dziwny, zielony wężyk. Lubiła myśleć, że ten wężyk to dusza pojazdu. Motor trzymano w ciemnej piwnicy, która była jedynym królestwem i niepodległym lądem Najważniejszego Człowieka w jej życiu. Znikał w niej na całe godziny, bo tylko tam doświadczał ciszy i spokoju. Nie śmiały z siostrą wtargnąć do środka, gdy tam przebywał, szanując niepisane prawo, że piwnica to teren zakazany. Każdego ranka czytał w piwnicy wojenne książki lub Trylogię Sienkiewicza, a potem ćwiczył. Posiadał imponujący zestaw hantli, najprawdziwszą sztangę i metry elastycznego bandaża, którym obwiązywał się jak prawdziwy ciężarowiec. Miał silne ramiona i nogi. Często dla zabawy unosił je obie do góry jednocześnie, co wywoływało salwy śmiechu u nich i okrzyki przerażenia u mamy. Zabierał je motorem na wycieczki do lasu, nad jeziora i w inne tajemnicze miejsca. Ona, jako ta młodsza, siedziała zawsze z przodu, a Ewa, starsza, z tyłu. Uwielbiała podmuch wiatru we włosach, Jego zapach, który przylatywał do niej z rozpędzonym powietrzem z tylnego siedzenia, warkot silnika żółtej Javy. Godzinami mogła patrzeć, jak Najważniejszy Człowiek w jej życiu wyprowadza motor z piwnicy po desce, położonej na schodach, czyści go, przedmuchuje tajemniczy, zielony wężyk, by za chwilę zapytać:

- To dokąd dziś jedziemy?

- W siną dal! - odpowiadała

- Ale z ciebie powsinoga - śmiał się szczerze.

A potem pędzili w nieznane.

Chciałaby aby jedna z tych podróży nigdy się nie skończyła, aby jechali tak ciągle i przed siebie! Aby ta chwila, w której teraz byli uwięzieni, nigdy ich nie dogoniła...

Z przeszłości wytrącił ją dzwonek domofonu.

Idą tu.

Jeszcze tylko chwilę będzie z nim sama.

Dziesięć pięter jazdy windą. Tyle czasu mają dla siebie, jak za starych, dobrych lat, tatuś i jego ukochana córeczka.

Choć przecież nie zawsze tak było...

Już na samym początku mocno go rozczarowała. Miała urodzić się chłopcem, a przyszła na świat jako jego czwarta córka. Nie pomogły ogórki kiszone, które każdego dnia kupował ciężarnej żonie za radą własnej matki. Planów natury nie zmienił też kapuśniak, który gotował w skupieniu, wierząc, że kwaśne potrawy wpływają na płeć dziecka. Zawiodła polecona wróżka, która postawiła karty na syna i to za pół jego wypłaty! Rodzinę powiększył kolejny bachor płci żeńskiej. Nie od razu go pokochał. Miłość przychodziła do niego powoli, z każdym jej nowo nauczonym słowem, pierwszymi krokami, nocnym czuwaniem, gdy gorączkowała i milionem chwil, które stworzyły mozaikę ich wspólnego życia, trudną do objęcia.

Spojrzała na niego jeszcze raz.

Wyglądał jakby spał. Mały, skurczony w sobie, bezbronny. Na koniuszkach palców jego

dłoni dostrzegła ciemne plamy i poczuła bolesny skurcz w sercu. Skóra jego twarzy była blada, prawie biała, zupełnie jak kartka papieru, z której śmierć zaczęła już wymazywać ślady życia. Podeszła do niego i przytuliła bardzo mocno. To był pierwszy raz, kiedy nie odwzajemnił tego uścisku.

Pocałowała go w czoło, a on nie uniósł głowy, aby na nią spojrzeć.

Zamknęła mu oczy, a z dłoni wyjęła zmiętą chusteczkę.

I wtedy do drzwi ktoś zapukał.


57 wyświetleń2 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Niebko