• Kasia Brzozowska

Z miłości do "Szaleju"

Dawno się tak nie czuła. Motyle w brzuchu, drżenie rąk błysk w oku. Myślała, że to już dla niej niedostępne. Cierpiała na zmęczenie materiału. Była jak guma do żucia, przyklejona do spodu stołu, stwardniała i nieużywana. Pogodziła się z tym, nie walczyła, zaakceptowała. Kiedyś przyciągała spojrzenia, byle gestem, spojrzeniem, słowem. Wystarczało, że była. Wypełniała sobą przestrzeń i rozpylała kobiecość. Każdy chciał być blisko niej, uszczknąć odrobinę nieśuswiadomionej magii, wejść w obręb promieniowania, ogrzać się. Wyrzucała słowa, zanim myśli zdążyły się uformować, a niefortunność wypowiedzi przykrywała perlistym śmiechem. Czerwienią ust wycinała się z szarego otoczenia i machała rękami jak ptak, który szykuje się do lotu. A przecież wcale nie była ładna, a na pewno nie w klasycznym rozumieniu tego słowa. Na szczęście myslenie o tym miała to już za sobą. Nie musiała się zastanawiać, jak dawniej, skąd bierze się jej powodzenie, większe niż innych koleżanek. Miały przecież gęstsze włosy, krótsze nosy, oddychały pełniejszą piersią i potrafiły się malować. Czuła się wśród nich jak strach na wróble, nieskończona rzeźba, nierozwinięty kwiat. Chyba zawsze była pączkiem zdolnym jedynie uchylić płatki. Zwinięta w sobie śniła o wydatnych piersiach i ustach, o bezwstydzie rozwartego wnętrza. Jak księżyc w nowiu tęskniła za pełnią.

Nadal była tylko pączkiem, ale już się z tym pogodziła. Po prostu była. Przełknęła niespełnione marzenia, utracone szanse, niewykorzystane możliwości. Skatalogowała je, podpisała i upchnęła na półce przeszłości z wyraźnym podpisem: Nie otwierać.

A jednak coś w niej drgało. Niepokoiło i rozpalało od środka. Nie mogła uwierzyć, że to przez niego. Przyglądała mu się już od jakiegoś czasu i dziwiła, jak wielką sprawia jej to przyjemnośc.

Próbowała to sobie poukładać w głowie, znaleźć wytłumaczenie.

Spotykała go zawsze o tej samej porze, w tym samym miejscu.

Gdy ona wsiadała on już tam był.

Siedział przy oknie i czytał książkę.

Smukłymi palcami przerzucał kartki. Wyłapywała szelest papieru z autobusowego hałasu. Stawała wystarczająco blisko, żeby dokładnie go widzieć i marzyła, że kiedyś usiądzie obok niego. Czasami spogladał w szybę i światła miasta odbijały się w jego okularach. Nie była pewna, czy wie o jej istnieniu. Czy zauważył ją w tłumie pasażerów. Żałowała, że nie spotkała go wcześniej, gdy jeszcze miała tupet i młodzieńczą bezczelność. Wyobrażała sobie, że idą razem na kawę lub wino i rozmawiają długie godziny o Pilchu, Karpowiczu i filmach Triera. Kłócą się do białego rana, a potem z czułością analizują każdy centymetr swoich ciał, twarzy, liczą piegi na skórze. Otrząsała się z tych marzeń, gdy wysiadał. Stara wariatka, myślała o sobie, obserwując jak niknie między budynkami osiedla. Pewnego razu uniósł głowę, spojrzał w okno, a potem odwrócił się w jej kierunku. Nie zdążyła uciec wzrokiem i ich spojrzenia spotkały się. Autobus zniknął, świat rozpadł się na drobne kawałeczki, czas zatrzymał w miejscu. Zeschnięte płatki uchyliły, wnętrze wyjrzało zza grubej, zakurzonej kotary. Nie wytrzymała. Opuściła wzrok i wysiadła na pierwszym przystanku. Oparła o zimne cegły starej kamienicy i próbowała uspokoić oddech. Kiedy opanowała wzburzenie, zaczęła się śmiać z siebie. A potem zdecydowała, że nie pojedzie więcej tym autobusem o tej godzinie. Postanowiła zamknąć się w sobie, uciec, zapomnieć.

I wtedy go zobaczyła. Stał oparty o drzewo i przyglądał się jej z łagodnym uśmiechem. Przyszpilona jak motyl nie była w stanie nic zrobić.

Ruszył w jej kierunku. Zamknęła oczy z obawy, że ucieknie. Robiła tak w dzieciństwie wyobrażając sobie, że staje się niewidzialna.

-Dobry wieczór - usłyszała miękki, dzwięczny głos.

Otworzyła oczy.

Miał niebieskie źrenice. Kształtną twarz z gęsta brodą. Kilka zmarszczek w kąciakch oczu i łagodny uśmiech. Był doskonały.

-Dobry wieczór - odpowiedziała.

-Widuję cię w autobusie. Wybacz tę bezpośredniość, ale coś mnie do ciebie ciągnię. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Nic o tobie nie wiem, ale może pójdziemy na kawę? - powiedział i przeczesał włosy smukłą dłonią.

Patrzyła na niego oszołomiona. Autobusowe obserwacje, nieprzywoite marzenia i myśli, ukradkowe spojrzenia, absurdalna tęsknota, przechodziły teraz ze stanu lotnego w stan faktyczny. Marzyła o tym od pół roku.

-Przepraszam, ale nie mogę. Mąż czeka na mnie w domu -skłamała.

Godzinę później otwierała drzwi pustej kawalerki.


9 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie