• Kasia Brzozowska

Niebko

Zaktualizowano: 27 kwi


„Kaśka” była od zawsze. Stała na posterunku i czekała, aż wpadniemy kupić lody Bambino, albo oranżadę. Usytuowana idealnie, naprzeciwko Kina Polonia i blisko Parku Dendrologicznego. Oba te miejsca odwiedzałam namiętnie. W kinie wylewałam łzy na „E.T”, bałam się wilków z „Akademii Pana Kleksa”, drżałam, gdy radziecki kowboj bez głowy, przemierzał poszarpane szczyty na czarnym koniu. W parku, zbierałam buczynę, penetrowałam poniemieckie bunkry i wygrywałam wszystkie, możliwe konkursy biegowe. A potem do Samu Kaśka, na oranżadę. Czasami przy sklepie stał saturator i wtedy piło się do oporu wodę sodową. Niedaleko były tory, które niczym drabina prowadziły do Dworca Niebuszewo, na końcu ulicy Orzeszkowej. Przy torach wyrastał park, bezimienny i kompletnie zaniedbany. Łaziłyśmy tam z siostrą i psem, ponieważ budził w nas lęk i strach. Był jak z mrocznej opowieści o duchach i upiorach, a my lubiłyśmy się bać. Spomiędzy splątanych, gęstych krzewów, wyrastały stare nagrobki. W dołach po grobach, skręcone korzenie drzew wyglądały jak ramiona umarłych próbujące nas pochwycić. Pewnego razu, nasz pies wykopał ogromną, ludzką kość, którą przyniósł do domu. Pani Marysia, najstarsza na naszej ulicy, orzekła, że to kość udowa człowieka i trzeba ją pochować. Nie można jej tak po prostu wyrzucić, bo to świętokradztwo. Zrobiłyśmy, jak kazała. Pożyczyła nam koronkową poduszkę, na której położyłyśmy kość i zaniosłyśmy z powrotem do parku. Tam, przy blasku świec i wschodzącego księżyca, wygłosiłam swoją pierwszą mowę pogrzebową w życiu. A potem wrzuciłyśmy szczątki do dołu i zakryłyśmy gałęziami. Pani Marysia nigdy nie odzyskała swojej poduszki, ale chyba nie była zła, bo dalej rzucała nam cukierki z okna.

Po tamtym wydarzeniu, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego w miejscu spacerów i zabaw dzieci, blisko kina i sklepów, znajdują się zaniedbane groby i szczątki ludzi? Skąd się tutaj wzięły i dlaczego nikt nic z nimi nie robi? Za każdym razem, gdy zbliżało się Święto Zmarłych, obserwowałam, jak rodzinne mogiły, groby znajomych i bliskich na Cmentarzu Centralnym, traktowane były z szacunkiem i uwagą. Na okazałych marmurowych nagrobkach zapalano znicze, stawiano chryzantemy, odmawiano przy nich modlitwy. Na cmentarz w starym parku nie przychodził nikt. Nikt się tutaj nie modlił, nie zapalał świec, nie zatrzymywał na moment zadumy lub wspomnień. Był obok, ale zepchnięty w podświadomość Niebuszewa, wstydliwie przemilczany umierał, jak wcześniej umarli jego mieszkańcy.

I to wszystko obok tętniącej życiem szkoły, do której wychodziłam z domu każdego ranka. Po dziesięciominutowym spacerze docierałam do wiaduktu kolejowego, gdzie droga się rozchodziła. Jedna jej odnoga prowadziła do przepełnionej dziecięcym wrzaskiem ulicy Zamoyskiego, a druga wzdłuż torów, do starej nekropolii. Nie raz stawałam na rozwidleniu i zastanawiałam się dokąd pójść? Z jednej strony ciągnęły mnie życie, chęć zabawy, gwar i szum szkolnych korytarzy, a z drugiej, tajemnica, cisza, namacalny dowód przemijania, w postaci wnętrz rozkopanych mogił i omszałych, starych nagrobków.

Po tamtych doświadczeniach zaczęłam uważniej przyglądać się mojej dzielnicy. Cudowna wyspa dzieciństwa, z najlepszym sklepem papierniczym w Szczecinie, z własną lodziarnią, kinem, szewcem, księgarniami, punktem zwrotu butelek i placami zabaw, pełnymi huśtawek, miała swoje sekrety. Próżno było rozmawiać o nich z dorosłymi, zazwyczaj zbywali moje pytania żartami lub w inny sposób uciekali od odpowiedzi. Byłam już jednak za duża, aby nie widzieć, że świat, który mnie otacza, nie do końca jest taki, jakim wydaje się być. Czułam, że pod parterem naszego szczęśliwego życia, drzemią przepastne piwnice, pełne tajemnic przeszłości, czekają, aż ktoś tam zejdzie i zapali światło…

Pewnego gorącego lata, gdy w Kinie Polonia grano „Poszukiwacze zaginionej Arki”, szare ulice Niebuszewa zakwitły farbowanymi, tetrowymi spódnicami. Miały je prawie wszystkie dziewczyny, od Heleny, przez Kołłątaja aż po ulicę Orzeszkowej. Za sprawą Limahl’a z aptecznych półek zaczęła znikać woda utleniona, a do warzywniaka na rogu trafiła dostawa arbuzów z Bułgarii. Mieliśmy chwilę przerwy od kiszonej kapusty i jabłek. To właśnie wtedy odkryłam jak się robi „niebko”.

-Musisz znaleźć najładniejsze szkiełko na całym podwórku. Najlepiej zielone, albo niebieskie - usłyszałam między garażami, od kolegi Oskara.

- Potem zbierasz płatki kwiatów, listki i wszystko to, co lubisz i chcesz na zawsze zapamiętać. Kopiesz dołek, układasz roślinki i przykrywasz szkiełkiem. No, a potem, zasypujesz, ale tak, żeby nikt nie znalazł i nie zniszczył - dokończył z poważną miną starszego kolegi.

Nie miał pojęcia, że bardziej od niebka interesowały mnie jego platynowe włosy i niebieskie oczy. Całe lato szukałam kawałków butelek po piwie i winie, grzebałam w ziemi, tworzyłam wyszukane kompozycje z listków wierzby i płatków róż, tylko po to, aby był ze mnie dumny. Tak naprawdę marzyłam, że pewnego dnia pocałuje mnie wśród zardzewiałych garaży i poprosi o rękę… Nie pomogła kolorowa spódnica, szyta przez mamę po nocach, ani dwadzieścia pięć „niebek”, które ukryłam na naszym podwórku. Nie pomogło też niebieskie szkiełko, które dla niego znalazłam. W ciemne garaże zabrał Kamilę. Pod jej białą sukienką, miękką linią rysowały się krągłe piersi. Ja na swoje musiałam poczekać jeszcze kilka lat, a Oskar był niecierpliwy.

Minęło sporo czasu, zanim wróciłam na Niebuszewo. Tłumiona przez lata tęsknota ożyła na nowo. Gdy tylko wprowadziłam się na pobliskie Warszewo od razu pobiegłam do „Kaśki”. Stała jak zawsze. Jednak tym razem nie spoglądało na nią z naprzeciwka Kino Polonia. Wiele lat temu, w wyniku budowy wieżowców, zawaliło się i nic po nim nie zostało. Nikt nie pomyślał o tabliczce pamiątkowej, jakimś punkcie orientacyjnym, po którym dziwacy tacy jak ja, mogliby poznać, gdzie stał ich ukochany budynek. Pijąc oranżadę, tęsknym wzrokiem dotykałam fasad kamienic po przeciwnej stronie ulicy. I choć napój miał podobny smak nie czułam radości. Na obrazie moich wspomnień pojawiła się głęboka, bolesna blizna.

Po „Kaśce” wybrałam się do Parku Dendrologicznego. Witały mnie te same majestatyczne drzewa, poniemieckie bunkry nadal trzymały wartę, w oddali słyszałam gwar bawiących się dzieci. I wtedy ujrzałam napis. Krzyczał do mnie przez park, wycinał się spomiędzy drzew niezrozumiałymi słowami. Zaczęłam iść w jego kierunku. Rósł z każdym krokiem, a ja intuicyjnie odczytywałam jego sens, choć jeszcze dokładnie go nie widziałam. Najpierw pojawiło się ogromne słowo „Tęsknię” i pomyślałam, że to kolejne wyznanie miłosne, napisane na murze ręką odrzuconego kochanka. I kiedy byłam już naprawdę blisko, litery ułożyły się w słowa, a słowa w zdanie, od którego nie mogłam oderwać wzroku. Stałam przed odrapanym budynkiem wstrząśnięta. Ulicą obok przejeżdżały kolejne samochody i tramwaje, alejkami przechodzili ludzie z psami, a ja nie mogłam przestać patrzeć na ogromny napis:

„Tęsknię za Tobą Żydzie”

Usiadłam na murku. W jednej chwili przypomniały mi się lata dzieciństwa i wyprawy do parku po drugiej stronie ulicy. Czemu nigdy nie sprawdziłam co to za miejsce? Czemu nie szukałam odpowiedzi? Czemu tak długo mnie tu nie było?

Napis był wiadomością z przeszłości. Zrozumiałam, że ktoś odrobił lekcję za mnie, zapalił światło, pamiętał i chciał, aby inni pamiętali. Wstając z murka, wymacałam dłonią dziwny kształt. Wśród gładkich kamieni jeden miał poszarpaną wgłębieniami powierzchnię. Spojrzałam w dół i zobaczyłam wbity w parkowy murek fragment czyjegoś nagrobka. Niemieckie napisy, krzyż i pęknięte cyfry, nie pozostawiały wątpliwości. Przeszłam na drugą stronę ulicy. Jak najszybciej chciałam dojść do starego cmentarza. Mijałam Technopark Pomerania, okazałe nowoczesne budynki, rzędy zaparkowanych samochodów, młodych, cieszących się wiosną ludzi, którzy siedzieli na ławkach. Park szumiał w oddali i odcinał się zielenią od nowoczesnej architektury. Chwilę później byłam na miejscu, ale prawie niczego nie poznawałam. Alejki wysypane białym żwirem wiły się leniwie pomiędzy drzewami. Przestrzeń przy torach była łysa i ogołocona z zieleni tak bardzo, że widać było budynek Lidla za torami i ludzi ładujących wielkie torby zakupów do zaparkowanych samochodów. Na środku parku, schludny i kolorowy, lśnił nowością plac zabaw dla dzieci…

Usiadłam na ławce. Wiatr wzbił w powietrze kilka liści leżących na ziemi. Pod jednym z drzew jakiś młodziak oddawał mocz, w oddali, grupka dzieciaków grała na trawie w piłkę, a tuż obok, starszy pan wyprowadzał psa. Wstałam. Wzdłuż drabiny z torów, ruszyłam do rozwidlenia drogi przy wiadukcie. Poczułam chłód zbliżającej się nocy.

Chwilę później siedziałam w domu przed komputerem i myszkowałam w Internecie.

Odnalazłam zdjęcie, które przedstawiało napis z parku. Okazało się być częścią artystycznego projektu, który trwał już kilka dobrych lat. Jego autor, Rafał Betlejewski realizował go od 2009 roku, w różnych częściach Polski. W Szczecinie napis wykonano dwukrotnie, na budynku trafostacji w Parku Dendrologicznym. Za pierwszym razem został zniszczony. Miałam szczęście, zdążyłam przed tymi, którzy marzyli, aby zamazać go ponownie. Teraz nie wydał mi się krzykiem, tylko łagodnym wyznaniem. Odkryłam w nim czułość i żal, które były mi bliskie. Dziennikarz i artysta, autor projektu, wspominał zaginioną cywilizację Polskich Żydów. Malował napis w miejscach, gdzie jeszcze chwilę temu byli, mieszkali, stanowili o kształcie przestrzeni, w której żyli, tworzyli ją, byli wspólnotą. Nie miałam wątpliwości, że napis znów zniknie. Ktoś przyjdzie i pokryje go grubą warstwą farby. Ktoś pełen nienawiści i niezrozumienia. Jednak właśnie w tym tkwiła siła tego przekazu. Przeminie, jak ci, o których mówił. Milcząca nieobecność jest głośniejsza niż krzyk, nic jej nie zagłuszy. Jak na obrazach Basquiat’a przeszłość przykrywana była kolejnymi warstwami grafik, kształtów i kolorów. Uważny widz dostrzeże ją jednak, zajrzy przez drobną rysę, odprysk, prześwit. Wszystko zależy od tego, jak się patrzy…

Znalazłam artykuł z Gazety Wyborczej, datowany na 29. XI. 2002 roku. Jego tytuł trochę mnie zabolał.

„Niebuszewo - dzielnica niechciana”.

Oddałam się lekturze. Dzięki tekstowi cofnęłam się do początku i zaczęłam odkrywać kolejne warstwy obrazu o nazwie Niebuszewo.

Nie było lubianym miejscem. Na początku XIX wieku sprawiało władzy wiele kłopotów. A wszystko przez ludność, która napływała do Szczecina za pracą, gdy miasto stawało się przemysłowe. W różnych jego częściach wyrastały kolejne fabryki, najczęściej żydowskie lub niemieckie. Ich pracownicy zasiedlali, przedzielone na pół linią kolejową, tereny Zabelsdorf i Grünhof, ziemie przyszłego Niebuszewa. Powodowało to mnóstwo napięć i konfliktów. W 1859 roku oficjalnie ten fragment miasta przyłączono do Szczecina i starano się go ucywilizować. Napotykano jednak trudności, bo choć osadników było tutaj wówczas sporo, to na terenie Niebuszewa nie funkcjonowały żadne zakłady przemysłowe, wokół, których można było budować wspólnotę mieszkańców. Efekty pracy nad rozwojem dzielnicy uwidoczniły się dopiero pod koniec lat 20. XX wieku. Niebuszewo stało się dzielnicą samowystarczalną. Prowadziły do niego dwie linie tramwajowe. Było tu wszystko, lokale gastronomiczno - rozrywkowe, najlepsza klinika dla kobiet, zakłady rzemieślnicze i usługowe, dwa cmentarze i dwa kościoły. Można było się nieźle zabawić i spokojnie umrzeć. Na Niebuszewo wprowadził się też w końcu przemysł, który napędzał tutejsze życie i pozytywnie odcisnął na architekturze. I choć nie była to dzielnica bogaczy, lecz przede wszystkim ludzi pracujących, to wzdłuż ulicy Słowackiego wybudowano przepiękne kamienice z widokiem na wodę, które zachwycają do dziś.

A potem przyszła wojna. Budowany mozolnie porządek został zburzony. Po zakończeniu światowego konfliktu Niebuszewo, podobnie jak cały Szczecin, zamieniło się w małą Wieżę Babel. Na jednej przestrzeni, przez pewien czas żyli, Niemcy, Żydzi i Polacy, którzy przyjechali tu z różnych części kraju i z terenów, które przestały być polskie. Jedni mieli nadzieję, że będą mogli tu nadal żyć, bo przecież kiedyś, to właśnie tu był ich dom. Inni, wierzyli, że znajdą, w tej części miasta, przyjazną przestrzeń, którą da się oswoić, a jeszcze inni, że zaznają świętego spokoju i przestaną być w końcu prześladowani.

„W pierwszych miesiącach po wojnie obok siebie zamieszkali zwycięzcy i pokonani, a jednocześnie ofiary i ich kaci: przyjeżdżające do stolicy Ziem Odzyskanych liczne żydowskie rodziny i niemieccy mieszkańcy miasta, którzy powrócili do Szczecina po przymusowej ewakuacji. Zarówno jedni, jak i drudzy osiadali w większości właśnie na Niebuszewie”

Niemców zaczęto wysiedlać zaraz po 1947 roku. Zostawiali po sobie prawie wszystko. Piękne meble, porcelanę, czarno-białe fotografie, ukochane miejsca, mieszkania, parki i domy. Nawet wiele lat później odnajdywano ich ślady na zakurzonych strychach przedwojennych kamienic, czytano niemieckie listy, ukryte między cegłami, w murach starych budynków. Często uciekali w pośpiechu, nie mieli czasu myśleć o zmarłych, nie mogli ich przecież zabrać ze sobą. Odjechali, zostawiając groby bliskich, na pobliskim cmentarzu, który wiele lat później odkryłam z siostrą. Była to niemiecka nekropolia założona w 1868 roku i nazwana Niemitser Friedhof. Przez wiele lat chowano tu wybitnych obywateli Szczecina, a w czasie II Wojny Światowej, grzebano w zbiorowych mogiłach, ofiary nalotów bombowych. Po 1945 roku nazwę cmentarza zmieniono na Cmentarz Majdański. W latach 70., w ramach czynu społecznego, rozpoczęto likwidację nekropolii i ostatecznio ją pogrzebano. Usunięto wszystkie nagrobki, rozebrano większość muru od strony ul. Niemierzyńskiej oraz kaplicę cmentarną. W roku 1978 roku z cmentarza ostatecznie uczyniono park i nazwano Ogrodem Dendrologicznym na cześć pomysłodawcy tej inicjatywy, Stefana Kownasa. Po dziś dzień, w murkach na terenie parku, znaleźć można fragmenty niemieckich nagrobków, podobnie jak przy budynku Technoparku, na niewielkim trawiastym wzgórzu. I właśnie fragment takiego nagrobka znalazłam ja. Wbity w murek, prawie niezauważalny, świadczył niemo o tym, co było tu kiedyś.

Kiedy patrzę teraz na moją dzielnicę, wiem, że budzi mieszane uczucia. Niektórzy widzą w niej tylko siedlisko meneli, stare, zniszczone kamienice, oficyny cuchnące moczem i tanim winem. Nie wzrusza ich zabytkowa kostka brukowa, która pokrywa jeszcze tak wiele ulic. Nie spacerują wzdłuż blizny torów, która od zawsze dzieli Niebuszewo na dwie części i prowadzi do nieczynnego dworca, na końcu ulicy Orzeszkowej. Nie wiedzą, że dawniej wysiadali tu z pociągów, pełni nadziei, nowi osadnicy, a później, każdego lata wyjeżdżaliśmy na wakacje spragnieni przygód my, nowi mieszkańcy Niebuszewa. Nie zdają sobie sprawy, że kolejowe pomosty, łączą nie tylko ulice i budynki, ale też ludzi, którzy szukali tu szczęścia i spokoju na przestrzenie tak wielu lat. Kiedy zdaję sobie sprawę, że zasypiałam w domu, który ktoś opuścił w pośpiechu, jestem wzruszona i wdzięczna. Tak dobrze się tu czułam. Moimi dziecięcymi stopami mogłam dojść do każdego, ważnego dla mnie miejsca. Wszechświat dzieciństwa był cudownie bezpieczny i zamykał się w jednej dzielnicy. Różnicę poczułam wyraźnie, gdy po latach wyprowadziliśmy się na bezduszne Prawobrzeże. Zapadałam się w błocie i gubiłam w labiryncie zimnych bloków z wielkiej płyty. Nigdy nie oswoiłam nowego miejsca i nie poczułam się tam jak w domu. Zaczęłam swobodnie oddychać, gdy wróciłam na Niebuszewo. I choć nie jestem już tą samą, małą dziewczynką i moja dzielnica także się zmieniła, odnajdujemy wspólny język i poznajemy się na nowo. Spacerując ulicami Niebuszewa wyciągam z pamięci niebieskie szkiełko. Najpiękniejsze na całym podwórku. Szukam w sobie miejsca, w którym mogę się ukryć, jak dziecko w szafie. Delikatnie i czule, wykopuję malutki dołek. Wkładam do niego wszystko to, co chcę zapamiętać: ukochane Kino Polonia, uśmiech Pani Marysi, tajemniczy park ze starymi mogiłami, smaki i zapachy lata, drogę do szkoły, listki wierzby rosnącej przy Orzeszkowej 12 i pamięć, o tych, którzy byli tu przede mną. Przykrywam wszystko szklaną szybką i tworzę „Niebko”.




74 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie